logo
logo

Pierwszy dzień w Rumunii

 

Jak wyobrażacie sobie Rumunię ? Jaka jest wasza pierwsza myśl o tym kraju ? Zapewne większość odpowie, że bieda, brud i ogólnie to już przecież trzeci świat. Spotykałem się z takimi stereotypami kiedy mówiłem że jadę do kraju Draculi. Wschodnia Słowacja mnie zdziwiła, raczej spodziewałem się czegoś innego, ale o tym kiedy indziej. Na Węgry byłem przygotowany i tutaj większego wow nie było. Za to Rumunia była jedną wielką niewiadomą i ten pierwszy dzień był dla nas bardzo ważny. Jaki był. Przekonajcie się sami.  

Płaskie tereny Węgier dawały się nam już we znaki. Nie dość że było gorąco, w koło nie było praktycznie żadnych drzew to jeszcze proste odcinki ciągnęły się w nieskończoność. Dojazd do wymarzonej granicy z Rumunią był tylko kwestią czasu.  

Szukanie ostatniego węgierskiego noclegu okazał się trudniejszy niż przypuszczaliśmy. Zero lasów, zero jezior i rzek. Mapa wskazywała tylko żółtą przestrzeń pól między pojedynczymi miejscowościami. W jednym miejscu, pod malusieńkim miasteczkiem lśniła niebieska kropka otoczona zieloną konturą. Tak ! Jest woda i las !   

Niebieska kropeczka znajdywała się jakieś 3 km od wyznaczonej trasy, ale czego się nie robi żeby się umyć i rozbić namiot gdzieś w cieniu drzew. Czterdziestostopniowe upały dają w kość i przyklejają koszulki do ciała niczym najlepszy klej. Trzy, dwa, jeden i jesteśmy... bajoro otoczone szuwarami i trawa, pełno komarów i ten straszny akacjowy las. Wszędzie kolce. Opony, namiot, maty samopompujące i nasze stopy nie lubią takich terenów. Złapałem gumę więc trzeba było na szybko kombinować jakiś nocleg. Miasteczko Laskod to ładna mieścina z placem zabaw. Tylko gdzie mieszkańcy !!! Nie było nikogo. Nigdzie. Normalnie miasto duchów. Powoli zaczynaliśmy mieć dosyć tego miejsca i rozbiliśmy się 20 metrów od drogi w lesie, a jakże, akacjowym. Staraliśmy się odgarnąć teren możliwie jak najdokładniej. Później okazało się ze moja mata poległa i do końca wyprawy spałem bez niej. Takiego miałem peszka.   

Pozostała kwestia umycia się. Wiedząc że w Laskod jest ogólnodostępny hydrant wykorzystaliśmy cały zapas wody. Słońce chowało się już za rozgrzaną węgierską ziemią pokryta w większości słonecznikami i kukurydzą. Krzątając się przed namiotem z włączonymi czołówkami, przejeżdżająca drogą policja zainteresowała się naszą obecnością. Na Węgrzech nie można rozbijać się na dziko i palić ognisk -dokładnie tak jak u nas. Panowie policjanci w niezrozumiałym dla nas języku chcieli przekazać jakąś wiadomość. Dawid nawiązał kontakt i wytłumaczył skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Po wymianie zdań przez mundurowych padło jakże zaskakujące dla nas zdanie „Ok, good night” i jak gdyby nigdy nic odjechali.  

 

 

Przed południem byliśmy już na granicy. Zdziwiliśmy się kiedy strażnik poprosił nas o paszport.  Jakie paszporty. Do Rumunii nie trzeba go mieć. Widząc naszą konsternacje poprosił o dowód. Myślał, że jesteśmy z Ukrainy, a mieszkańcy tego kraju muszą posiadać, poza dowodem osobistym także i paszporty.  Ulokowane w szczerym polu przejście graniczne nie było zbyt oblegane przez ludzi. Sklepy zamknięte. Nie było gdzie wymienić  gotówki, ale my byliśmy na to gotowi bo Leje kupiliśmy tydzień przed wyjazdem w jednym z Łódzkich kantorów. Bardzo ciężko jest dostać tę walutę.   

Pierwsze rumuńskie kilometry nie różniły się niczym od tych węgierskich. Szczere pole i prosta asfaltowa droga. Ludzi też jakby wywiało. W pierwszym większym mieście wszystko się odmieniło. Ludzi pełno. Kościoły, cerkwie, pałace, fontanny, parki. Piękne to Carei. Jeszcze tylko kilkadziesiąt km i pożegnamy niziny.  

Między miejscowością Carei a Tasnad zrobiliśmy sobie przystanek. Była mała rzeczka więc mogliśmy się opłukać. Dookoła same pola. Zero domostw i ludzi. Nie wiadomo skąd pojawiło się dwóch chłopców z groźnie wyglądającymi minami i kijami w rękach. Dawid mył naczynia więc konwersacja stanęła po mojej stronie. Z uśmiechem się przywitałem, przedstawiłem i powiedziałem skąd jesteśmy. Język nie miał znaczenia. Chłopaki rozmawiali i rozumieli tylko po rumuńsku. Coś tam do siebie zagadali i z jeszcze groźniejsza miną wywijali mi przed oczami kijami. Ja tu do nich grzecznie i z uśmiechem, a oni takie cuda wyrabiają. Miarka się przebrała. Kilka polskich niecenzuralnych słów podziałało żeby jegomoście sobie uciekli. Z daleka było tylko słychać głośne "Fuck Poland !". Nie tak wyobrażaliśmy sobie powitanie w Rumunii.   

 

Sytuacja, która wydarzyła się na przedmieściach Tasnad wystraszyła nas na poważnie. Jest to miasteczko położone na wzniesieniu. Znajdują się tutaj znane źródła geotermalne podobne do tych węgierskich. Tętniące spokojnym życiem. Co może się stać w takim miejscu? We wschodniej części miasta, w slumsach żyją romowie. Domy zbite z kilku desek, azbest na dachu, wszędzie błoto, gruz i śmieci. Widok straszny. Dzieciaki bez butów bawiły się na bagnistym boisku, za bramki robiły większe kamienie, a piłka to połączone taśmą klejącą stare szmaty. W jednym z baraków kłótnia, w innym grupa nastolatków starała się naprawić stara krztuszącą się ładę. W tym całym zgiełku, na samym środku pojawiliśmy się my i to na 9% podjeździe. Wzbudziliśmy niezłą sensację. Kłótnia ustała, łada ucichła, a dzieciaki zamarły. Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy. W naszym wyobrażeniu takie miejsca znajdują się gdzieś w krajach trzeciego świata, a nie w Unii Europejskiej. Dla dzieciaków staliśmy się nie lada atrakcją. Biegły w naszą stronę. Czytałem o ludziach machających i pozdrawiających rowerzystów więc tutaj spodziewałem się tego samego. Jakże się myliłem. Dawid chyba też na to czekał bo uśmiechał się do tubylców. Z wielkim impetem, niczym najlepsi zawodnicy rzutu kulą, dzieciaki rzucały w naszym kierunku kamieniami i kawałkami gruzu. 9% podjazd jakby się wypłaszczył, a nogi kręciły jak nigdy dotąd. Mi udało się umknąć i dostałem tylko po sakwach. Dawid ucierpiał bardziej. Dostał po sakwach, rowerze i... liczniku. Jak udało im się wcelować w tak mały punkt(Dawid pozostał nietknięty)? Tego nie wiemy do dzisiaj.   

Każda następna napotkana osoba, każdy przejeżdżający samochód stawał się naszym wrogiem. Patrzyliśmy na wszystkich niechętnie i z dystansem. Nocleg znaleźliśmy gdzieś głęboko w lesie kilka km za Tasnad. Kiedy Dawid już głęboko spał ja zastanawiałem się nad tym co będzie jutro. Ten niefortunny dzień podsumowała burza, którą krążyła nad nami przez kilka godzin.   

No ale jak to mówią dobrego złe początki :)

 

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *